Rola światła w tradycyjnym procesie wywoływania zdjęć w ciemni [Wywiad Agnieszki Pylak z Danutą]

Zagłębiając się w temat tradycyjnego wywoływania zdjęć w ciemni, napotkałam na wiele informacji, że proces ten był wykonywany w całkowitych ciemnościach. Nawet niewielka ilość białego światła mogła całkiem zniszczyć film i wywoływane zdjęcie, wobec czego rola światła, choć niechcianego, stawała się ogromna. Podczas dzisiejszej rozmowy chciałabym dowiedzieć się, jak to rzeczywiście wyglądało ze strony Danuty, czyli osoby, która w latach 70. samodzielnie wywoływała zdjęcia w ciemni i przede wszystkim, czy ta metoda była na tyle magiczna, by za nią tęsknić.

Agnieszka: Cześć, dziękuję, że zgodziłaś się na tę rozmowę. Na początek chciałabym dowiedzieć się, czy proces wywoływania zdjęć w ciemni był przyjemnością czy raczej przykrym obowiązkiem?

Danuta: Witaj, dziękuję za zaproszenie. Jeżeli fotografia jest pasją, zawsze będzie to przyjemność.

A: Czy wywoływanie zdjęć tradycyjną metodą to rzeczywiście praca w całkowitych ciemnościach?

D: W pracowni fotograficznej świeci czerwona żarówka ciemniowa, więc nie panują tam zupełne ciemności.

Żarówka ciemniowa świeci się przez cały czas i nie wpływa na jakość zdjęć. Trzeba oczywiście uważać, żeby nie naświetlić papieru fotograficznego białym światłem – ten rodzaj światła nie może mieć styczności z filmem nawet przez krótką chwilę.

Słyszałam, że niektórzy stosowali żółte światło i chowali papier pod blatem stołu, żeby się nie naświetlił, jednak ja osobiście nigdy nie próbowałam takiego rozwiązania.

A: Opowiesz mi kilka słów o samym procesie wywoływania zdjęć? Jakie czynności należało wykonać?

D: W ciemni wywołuje się film – negatyw. Papier płucze się w wywoływaczu a następnie w utrwalaczu, suszy się go i potem negatyw wykorzystuje się do zrobienia pozytywów, czyli naświetla się papier w powiększalniku. Są różne natężenia czułości naświetlenia, trzeba odpowiednio dobrać je do oczekiwanego efektu.

A: Utrwalacz i wywoływacz to chemiczne substancje – kupowało się je gotowe czy mieszało samemu? Jak radziłaś sobie Ty, biorąc pod uwagę, że ukończyłaś również szkołę chemiczną?

D: Jeśli ktoś ma możliwość zrobienia samemu, jak najbardziej może przygotować substancje w laboratorium według przepisu. Ja osobiście robiłam substancję do

wywoływania przeźroczy, która nieco się różni od wcześniej wspomnianych. Odważałam na wadze potrzebne ilości odczynników i tworzyłam własną mieszankę. Najczęściej jednak kupowałam gotowy wywoływacz i utrwalacz, istniały wówczas specjalne, dedykowane sklepy fotograficzne i chemiczne.

A: Czynności, o których wspomniałaś, brzmią na dość skomplikowane. Oceń proszę, jak trudne byłoby nauczenie się wywoływania zdjęć dla osoby, która nic nie wie o procesach chemicznych zachodzących w trakcie tego zabiegu?

D: Wywoływanie zdjęć jest jak najbardziej “do nauczenia”, wystarczy odrobina chęci i każdy mógł się tego nauczyć.

A: A Ty w jaki sposób się tego nauczyłaś?

D: Należałam do koła fotograficznego w stoczni szczecińskiej. Pracowałam w stoczni i razem z koleżankami chodziłyśmy do klubu fotograficznego. Skończyłam również technikum kinematografii, więc te tematy nie były mi obce.

A: Czy samodzielnie wywołane zdjęcia miały większą wartość sentymentalną, niż wywołane cyfrowo? Czy przywiązywałaś się bardziej do takich zdjęć?

D: Na pewno miały one dla mnie wartość, jeśli były to np. osobiste zdjęcia z wycieczek lub z rodziną . Gdy wywołuje się samemu zdjęcia można zauważyć, jak obraz stopniowo się pokazuje i staje się ciemniejszy. Gdy jest się świadkiem powstawania tych zdjęć z białego papieru, odczuwa się wielką satysfakcję. Jest to pewne przeżycie i trzeba zadbać o wiele rzeczy, żeby zdjęcie wyszło dobrze, ważny jest m.in. czas naświetlania zdjęcia. Gdy włoży się w to trochę wysiłku i czasu, zdjęcia znaczą więcej, niż takie odebrane od fotografa lub wydrukowane na drukarce.

A: Czy często zdarzało się przypadkowo zniszczyć kliszę przez światło?

D: Nie, po jednym czy dwóch zniszczonych filmach człowiek pamiętał już, że najmniejsza wiązka światła to gość niepożądany w pracowni.

A: Czy efekt zawsze był zadowalający, czy czasem zdjęcie się nie udawało?

D: Trzeba było pilnować, żeby papier był całkowicie zanurzony w wywoływaczu i utrwalaczu. Jeśli się źle wywołało, mogło brakować np rogu zdjęcia. Jeśli się nie utrwaliło zdjęcia odpowiednio mocno, obraz mógł nawet wyblaknąć ze zdjęcia po czasie i całkowicie zniknąć.

A: Wspominałaś, że w pracowni świeciło się czerwone światło. Jak pracowało się przy świetle w takim kolorze? Oczy szybko się przyzwyczajały czy raczej było to męczące?

D: Nie było z tym problemu, w dodatku gdy naświetlało się zdjęcia, powiększalnik dawał dodatkowe oświetlenie. Nie było to tak straszne, jak wszyscy mówią – światło było potrzebne w pracowni, ponieważ mokry papier to bardzo wrażliwy materiał i trzeba było

chociaż w pewnym stopniu widzieć, co się robi.

A: Czy uważasz, że ta metoda powinna wrócić i czy warto ją jeszcze czasem praktykować? Chciałabyś sama jeszcze kiedyś powtórzyć ten proces?

D: Myślę, że jest to zajęcie tylko dla pasjonatów dawnych lat, którzy chcą poznać tajniki tej metody. Nawet nie orientuję się, czy obecnie jest dostępny w sprzedaży odpowiedni papier do wywoływania zdjęć w ten sposób. Nie czuję potrzeby wracania do tej metody, wystarczają mi zdjęcia cyfrowe. Kupowanie filmu, odczynników i dbanie o każdy szczegół zabierały wiele czasu i cieszę się erą cyfrową i moimi albumami w postaci folderów na komputerze, zamiast zdjęć powieszonych na sznurkach w pracowni.

A: Dziękuję za rozmowę.

D: Również dziękuję.

Może Ci się również spodoba